Sklep jeździecki
Starsze pokolenie pamięta opowiadanie pod tytułem „Nasza Szkapa” o ciężkim losie klaczy pociągowej. Nie dość, że była nadmiernie eksploatowana, to jej właścicielom nawet nie przychodziło do głowy aby odwiedzić sklep jeździecki, aby kupić tam jakieś środki pielęgnacyjne czy też osprzęt dla niej. Prawdę mówiąc, to w tamtych czasach nie było sklepów jeździeckich, a uprząż i inne osprzęt dla koni zamawiało się u rymarza, podkowy zakładało u kowala, itp. Rzecz jasna Internetu nie było, więc takie hasło jak internetowy sklep wywołało by pytanie o stan naszego umysłu i poradę o pójście do psychiatry. Czasy się zmieniły, obecnie psychiatra jest ministrem obrony w rządzie Słońca Peru. A może powinien zajmować się końmi, nie obroną państwa, bo to ostatnie nie bardzo mu wychodzi. Oczyma wyobraźni widzę elokwentnego ex ministra jako subiekta sprzedającego hacele i wędzidła oraz derki i siodła. Ale wtedy musiał by robić to pod kierunkiem właściciela sklepu, który nie darowałby lenistwa. A może tak „Nasz Drogi Przywódca”, wódz niesiołów i palących koty, otworzy zakład strzyżenia psów (jak to światli apologeci tego rządu proponują byłym stoczniowcom) i za ladą po kolei stawać będą poszczególni ministrowie. I będą musieli utrzymać się z tego. Sklepu jeździeckiego nie polecam, bo mogliby chcieć z sentymentu sprzedawać herbowe gumofilce. Zatem, do dzieła, kilka miesięcy uczciwej pracy, nie na garnuszku biednego społeczeństwa.